Dyskalkulia czyli Więzienie za Liczenie

Jak działa współczesna medycyna?

Mamy rozbudowany ogólnonarodowy system certyfikowania, który po spełnieniu wielu warunków pozwala powiesić  na ścianie dyplom. Dokument mówi, że jego właściciel ma prawo oceniać innych i dyktować im jak mają żyć.

Pierwszy problem polega na tym, że cywilizowana medycyna opiera się na statystyce. To znaczy, że jeżeli historia leczenia konkretnych przypadków danej choroby mówi, że umarło na nią 60% tych leczonych lekiem AZ700 oraz 37% tych leczonych lekiem KRXzero to znaczy, że lek AZ700 jest lepszy i że należy go stosować. Statystycznie przecież pacjent leczony lekiem AZ700 ma prawie dwukrotnie większe szanse na przeżycie niż pacjent leczony lekiem KRXzero.

Jeżeli przez przypadek trafisz do grupy osób, które nie przeżyły, to bez względu na to, którym lekiem medycyna cię leczyła, masz osobisty problem. Przed rozwiązaniem twojego problemu cywilizowana medycyna ucieka, broniąc się bardzo skutecznie krótkim „nie widzimy uchybień w procedurze”.

Mamy do tego system znakowania chorób – taką długą i rozbudowana tabelę, w której każda choroba ma nazwę, numer i system rozpoznawania. Do tego istnieje system kwalifikowania do danej choroby konkretnego pacjenta – szereg testów, po przeprowadzeniu których certyfikowany lekarz przybija pacjentowi na czole stempel z numerem choroby, po której to procedurze stemplowania może go już spokojnie odesłać do koncernów farmaceutycznych.

Drugi problem polega na tym, że lekarz, nawet jeżeli ma czyste intencje i bardziej dba o zdrowie pacjenta niż o swoją karierę to obudowany jest gigantycznym i dosyć skomplikowanym systemem społecznego straszenia chorobami albo, patrząc z innej strony, systemem reklamowania chorób. Konkretne choroby mają swój konkretny marketing, reklamy, systemy namawiania do chorowania w zależności od pory roku, wydarzeń politycznych w danym regionie świata, poziomu finansowania zawartego w odpowiednich bilansach i rachunkach i stanu finansów sponsora choroby.

Mówiąc krótko, istnieją duże grupy ludzi, których finanse tym lepiej się mają im więcej ludzi choruje. Właściwie nie muszą chorować. Wystarczy, że myślą, że chorują i w wyniku tego kupują leki. Im słabiej leki działają tym lepiej bo tym łatwiej namówić pacjenta do kupowania kolejnych.

Mówiąc jeszcze krócej, lekarz zarabia kiedy pacjent choruje, kiedy pacjent zdrowieje – lekarz przestaje zarabiać. Gdybyśmy wszyscy zdrowi byli to wszyscy lekarze musieliby pójść z torbami. A z nimi farmaceuci, ubezpieczeniowcy, reklamobiorcy, itp., itd..

Kolejny problem polega na tym, że stan bycia zdrowym (lub chorym) otoczony jest taką ilością fałszywych przekonań społecznych, że trudno cokolwiek z tym zrobić na większą skalę. Przekonaniami bowiem wolniej się steruje niż sprzedażą tabletki.

Problemów systemowo-konstrukcyjnych cywilizowanej medycyny jest oczywiście więcej ale już same te wymienione powyżej wystarczają, żeby powstały bardzo ciekawe anomalia.

Można ogólnie stwierdzić, że stan zdrowia czyli braku chorób jest stanem normalnym czyli pożądanym i że do niego dążymy. Oznacza to, że jeżeli ktoś jest zdrowy to nic nie trzeba robić a jeżeli jego zdrowie zaczyna się pogarszać to należy coś z tym zrobić. Chorego leczymy aż stanie się zdrowy a zdrowego zostawiamy w spokoju dopóki nie zacznie chorować. Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok ale…

Do ocenienia czy ktoś jest zdrowy potrzebne są definicje chorób. Co się dzieje, kiedy okazuje się, że coś co wcześniej uznawane było za objaw zdrowia nagle zostaje na nowo zdefiniowane jako objaw choroby. Na przykład katar sam w sobie chorobą nie jest (według mnie) ale zapewne może być objawem czegoś poważniejszego. Jeżeli tak jest to oczywiście należy się zająć tym czego objawem jest katar. Znam mnóstwo ludzi, którzy zapomnieli o tych zależnościach i       leczą katar nawet jeżeli nie występuje w parze z niczym innym. Pomijam takie szczegóły jak to, że kataru, podobnie jak grypy i wielu innych spraw, nie da się „wyleczyć” metodami medycyny cywilizowanej, chociaż da się oczywiście na nich dobrze zarobić. Tak się sprawy mają kiedy zmienia się w czasie definicja „choroby” choć sama „choroba” się nie zmienia.

Trochę inaczej sprawy się mają kiedy definicja „choroby” jest niezmienna przez lata całe, zmienia się natomiast jej zasięg społeczny lub choćby terytorialny. Można sobie wyobrazić taką sytuację, że wśród milionów ludzi trafił się jeden, który nie mówi. Jeżeli jest to 1szy przypadek w historii ludzkości to pewnie mało kto się nim zainteresuje. Z wyjątkiem Rodziców zapewne i najbliższej Rodziny. Rasowy lekarz palcem nie ruszy mając 1 (słownie jeden) przypadek nie rozpoznanej jeszcze choroby. W ogóle nie wiadomo przecież czy to choroba. Może to przypadek, wyjątek od reguły, może się więcej w całej historii ludzkości nie powtórzy. Ale jeżeli takich przypadków znajdzie się więcej to może warto sprawę zbadać. A co należy zrobić kiedy liczba przypadków rośnie lawinowo lub geometrycznie w ciągu krótkiego czasu. Choroba jest nowa, ledwo zdefiniowana, ledwo dostała numer i nazwę a tu już się okazuje, że w zeszłym roku było 2 razy mniej przypadków niż w tym roku i że jeżeli wzrost się utrzyma to będziemy mieli duży problem bo na przykład liczba mówiących spadnie do takiego poziomu, że nie będzie kandydatów na lekarzy leczących nie mówiących, bo lekarz musi przecież mówić. Przynajmniej ten leczący tych, którzy nie mówią.

I tu mamy problem bo okazywało się przez wiele lat, że nauczanie matematyki nie daje rezultatów w stronę pozytywną, powoduje natomiast, z wyjątkami oczywiście, że ogólny poziom umiejętności liczenia regularnie spada. I nie udawało się znaleźć wyjścia z sytuacji bo każda naprawa systemu powodowała kolejny spadek, któremu miała w założeniach zapobiec. Ostatnią rzeczą o jaką można by podejrzewać system chorobowo-dyscyplinarny albo inaczej mówiąc medyczno-oświatowy jest oczywiście przyznanie się do winy. Do tego, że nauczanie jest złe bo jest przyczyną coraz gorszych wyników i że trzeba je w całości zlikwidować. Zrobiono natomiast dwie ciekawe rzeczy. Ciekawe z punktu widzenia nauk społecznych.

  1. Sprawą braku umiejętności liczenia zajęły się osoby nie umiejące liczyć.
  2. Zdefiniowano brak umiejętności liczenia jako chorobę, nadano jej nazwę i numer, nazwano objawy i opracowano system ich diagnozowania i … ZRZUCONO CAŁĄ WINĘ na PACJENTA. Mało tego, zrobiły to osoby, które same są na tę chorobę chore. One same nazwały siebie ekspertami od nowej odkrytej właśnie choroby i do kompletu skonstruowały szybko cały system szkoleń, certyfikatów, nowego nazewnictwa i … leków i terapii. Problem polega na tym, że do stworzenia takiego systemu nie jest potrzebna umiejętność liczenia, wystarczy umiejętność mówienia. Ale dla twórców tego systemu jest to plus bo, dla odmiany, rozpoznanie w ekspertach chorych wymagałoby od społeczeństwa właśnie umiejętności posługiwania się liczbami a społeczeństwo potrafi jedynie posługiwać się słowami.

No i efekt mamy taki, że młody człowiek, od kiedy się urodzi jest systematycznie wpędzany w dyskalkulię do momentu aż można śmiało powiedzieć, że „jest chory” a jego stan jest na tyle poważny, że wymaga leczenia.

Skąd to wszystko się bierze.

Zostawmy systemy społeczne, medyczne, oświatowe i ubezpieczeniowe i przyjrzyjmy się „choremu”.

Proponuję przyjrzeć się temu co się dzieje zanim młody człowiek trafi do jakiegokolwiek systemu oceniającego jego umiejętności. Możecie powiedzieć, że się nie da bo natychmiast po narodzinach badamy przynajmniej 10 jego podstawowych umiejętności a często o wiele więcej. I od razu Noworodek dostaje ocenę w odpowiedniej skali. I bardzo dobrze. Ale co się dzieje dalej. Co się dzieje jeżeli w skali od 0 do 10 Noworodek dostanie 10. I tu przykra sprawa. Jeżeli dostanie 10 na 10 to … nie robimy nic. Jest zdrowy więc nie robimy nic. No może nie do końca. Zostawiamy go w spokoju ale czujnie czekamy aż zachoruje przeprowadzając od czasu do czasu odpowiednie testy.

Jest od tej reguły jeden wyjątek. Pomijam dbanie o sprawy zupełnie podstawowe z wszelkich piramid potrzeb czyli przewinięcie, nakarmienie, napojenie czy utulenie do snu kiedy płacze. Tym wyjątkiem jest umiejętność mówienia. Od urodzenia gadamy do Dziecka. Izolujemy go od społeczeństwa i możliwości rozwoju społecznego (nie rozmawiaj z obcymi), izolujemy go od ruchu i możliwości rozwoju fizycznego, krępujemy ciuchami, ogradzamy barierkami (nie biegaj bo się spocisz), izolujemy go od liczb i funkcji (to dla ciebie za trudne, na naukę będzie czas później), izolujemy od wszelkich przejawów sztuki (Noworodek w teatrze, galerii czy filharmonii? Kpicie sobie?) ale od mowy ludzkiej, nawet jeżeli Rodzic nie jest filologiem literatury tej czy innej, nie izolujemy.

Jaki jest efekt? Malowanie, tańczenie, utrzymanie równowagi, granie na instrumencie, słuch absolutny, umiejętność przewracania się i wiele, wiele innych uważamy za tak zwane Talenty czyli niedostępne zwyczajnym ludziom umiejętności.

A co z mówieniem? Czy uważamy człowieka mówiącego za wielce utalentowanego?

A liczenie? Czy uważamy za normalne bezbłędne zliczanie cen produktów w koszyku podczas codziennych zakupów? Z dokładnością do grosza? A jak w kolejce do kasy odłożę jeden z produktów z dna koszyka i bezbłędnie, licząc w pamięci, skoryguję cenę to jestem normalny czy genialny?

Umiejętność szybkiego i skomplikowanego liczenia w pamięci jest tak samo wyuczona jak umiejętność mówienia czy słuch absolutny. Już dawno wieloletnie badania i wieloletnia praktyka przedszkolna (oczywiście nie w Polsce niestety) i przed przedszkolna pokazały, że WSZYSTKO co człowiek potrafi jest wynikiem uczenia się. Łącznie z takimi oczywistościami jak na przykład oddychanie płucami. Noworodek nie potrafi oddychać płucami i musi się tego szybko nauczyć. Ale nie uczy się tego uczęszczając na zajęcia z oddychania tylko uczy się bo jest genetycznie zaprogramowany do uczenia się wszystkiego co jest mu potrzebne albo co po prostu znajdzie w swoim otoczeniu. Mało tego, ta potrzeba jest tak silna, zdecydowanie silniejsza niż jakakolwiek inna, łącznie na przykład z jedzeniem, że przez pierwsze miesiące życia Niemowlak w ogóle nie ocenia tego czego się uczy. Sam fakt, że się uczy jest zdecydowanie ważniejszy od tego czego się uczy. A uczy się w błyskawicznym tempie wszystkiego co wpadnie mu w ręce. Im trudniejsze rzeczy znajduje tym większą radość sprawia mu uczenie się.

Co z tego wynika?

Po pierwsze, Dyskalkulia jest chorobą modną i popularną ale według mnie całkowicie wymyśloną przez ludzi, którzy nie chcą w systemie oświatowo-medycznym oddać władzy Noworodkom. Jeżeli będziemy uczyć matematyki tak jak tego chcą Dzieci i wtedy kiedy jest to dla nich łatwe i przyjemne to liczba przypadków dyskalkulii w społeczeństwie będzie wynosić ZERO.

Wystarczy spojrzeć na liczbę przypadków dysplazji stawu biodrowego u Dzieci w społeczeństwach europejskich i w społeczeństwach mniej cywilizowanych, które … nie używają wózków tylko noszą Dzieci na biodrze a ciąża nie jest dla nich chorobą i nie uniemożliwia chodzenia, biegania, tańczenia czy pracy w ruchu (nie na stojąco w bez ruchu). Śmieszne wydaje mi się uznanie dysplazji stawu biodrowego za chorobę wrodzoną a część jej przyczyn za przyczyny genetyczne. Jeżeli Dziecko nie rusza się albo prawie nie rusza od poczęcia a potem po urodzeniu to niby jak ma się ukształtować staw. Staw biodrowy każdy z nas musi sobie wyrzeźbić. W społeczeństwach dużo się ruszających liczba dysplazji wynosi ZERO.

No i niestety tak samo jest z kalkulią ewentualnie dyskalkulią. Umiejętność liczenia musimy nabyć w trakcie liczenia. Nie da się czekać latami aż jakiś dziwny magiczny kalendarz powie nam, że Dziecko jest już gotowe i dopiero wtedy pokazać liczby a potem oczekiwać cudu. Szybkie uczenie się skomplikowanych umiejętności jest maturalne na początku życia. Potem bywa różnie. Jako istoty szybko uczące się, już w wieku niemowlęcym zauważamy, że na przykład ludzie starsi rzadko się uczą, że w przedszkolu nauka nieodłącznie powiązana jest z bólem, strachem i ciężką pracą. Uczymy się też tego, że większość dorosłych wymierzy nam karę za błędne wykonanie obliczeń ale kara ta będzie mniejsza albo żadna w przypadku nie wykonania tych obliczeń w ogóle. Uczymy się, że większe wyobcowanie w grupie czeka nas jeżeli będziemy bardzo szybko liczyć niż wtedy kiedy nie będziemy liczyć w ogóle. A jeżeli będziemy liczyć tak sobie to większa część kar i nagród jakie otrzymamy będzie związana z elementami pochodzącymi spoza zadań matematycznych i będzie odzwierciedlała zależności społeczne w grupie niezależne od rodzaju zadania. Tak samo dostaniemy pochwałę za zadanie matematyczne jak za plastyczne, mimo że nasze umiejętności w tych dziedzinach są diametralnie różne ale nauczyciel zadający obydwa zadania jest ten sam.

Co z tym zrobić.

Sprawa jest i trudna i łatwa. Z jednej strony wystarczy zmienić przekonania dotyczące rozwoju Dzieci i trochę poczytać na ten temat. Z drugiej strony, kto potrafi tak od ręki oddać władzę nad słabszą grupą, której dyskryminacja jest usankcjonowana prawem. Mogę przecież spokojnie i zgodnie z prawem oraz za przyzwoleniem społecznym traktować Dzieci jak skończonych idiotów. Jest to dosyć proste a dostanę za to jeszcze pochwałę i może jakiś medal administracyjny. Natomiast traktowanie Dziecka jak geniusza, poprzedzone własną pokorą i chęcią nauczenia się wszystkiego co pozwoli mi nie popełniać tych samych błędów wobec następnych pokoleń …

Aha,  i jeszcze należałoby przeprosić, że mimo że wiedza, o której tu mowa jest ogólnodostępna od paru dekad, to ja wolę gotowe schematy podtykane mi przez dyrektora pod nos. Nawet nie muszę myśleć ile one są warte. Warte dla Dziecka. Bo dla mnie są warte moje status quo.

Naukę matematyki należy rozpocząć najszybciej jak to tylko możliwe czyli w dniu urodzenia. Kropka. Koniec kwestii.

Chociaż może jeszcze jedna uwaga dla leniwych i chcących jak najdłużej pozostać na pozycji wszechwładnych ekspertów. Oczywiście specjalnie dla was nadrukowano na kopy naukowych wydawnictw na temat dyskalkulii z uwagą na samym początku, że dyskalkulia .. ma podłoże genetyczne. A jakże. Tylko nie zajmujcie się przypadkiem Noworodkami i Niemowlakami bo wtedy mit o podłożu genetycznym mógłby upaść. Jakby to nie wystarczyło, to jest nawet taki ośrodek w mózgu, który odpowiada za zdolności matematyczne i oczywiście udowodniono, że rozwija się on z wiekiem. Co prawda wieki temu, bo wcale nie od dziś uważa się, że zdolności matematyczne zależne są liniowo i wprost proporcjonalnie od wieku, uważano, że próg 10ciu należy przekraczać w nauczaniu matematyki równo z wejściem w adolescencję. Jedno z drugiego naturalnie wynika. Oczywiście. Czyli brońcie młodzież jak ognia przed poszukiwaniami 11go elementu na prawej lub lewej dłoni bo im się przed otrzymaniem dowodu osobistego światopogląd zaburzy.

Kalkulia.

Definicja choroby:

To taka choroba, że chory potrafi szybko i w pamięci liczyć. Przeprowadza szybko i bez pomocy urządzeń skomplikowane obliczenia z zakresu tzw. wyższej matematyki. W stadium bardziej zaawansowanym choroby chory wszędzie widzi liczby, funkcje i zależności pomiędzy nimi i oblicza wszystko co napotka (obsesja) a w stadium skrajnym cieszy się tym co robi a wręcz znajduje w tym oszałamiającą go i odurzającą przyjemność (wyniszczające uzależnienie). Kontakt z takim pacjentem jest utrudniony bo nie potrafi on znaleźć wspólnego języka z otoczeniem a z czasem sam staje się coraz bardziej wyobcowany społecznie.

Oznaczenie systemowe według ISiMOp98: minus 15 pierwiastków z 17tu

Diagnozowanie: testy …

Zalecane leczenie: prochy ogłupiające, nauczenie sztuczek typu „podaj łapę”, terapia …

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *